czwartek, 14 lipca 2016

Mężczyzna z przeszłością

WANDA, 45 lat
Samotna kobieta,
chciała wypocząć w leśnej głuszy


Te dzieci chyba się
 na mnie uwzięły.
Gdzie w tym czasie 
podziewali się ich rodzice?

Hałas za oknem drewnianego domka stopniowo narastał. Odruchowo zaczęłam odliczać: "raz, dwa, trzy"... Łuuup! Ściany delikatnej konstrukcji aż się zatrzęsły. Potem znowu... Baaam! Alarm w moim samochodzie odezwał się w proteście. Wyszłam na ganek, wyłączyłam alarm w zaparkowanym nieopodal aucie i wypatrzyłam czworo winowajców.
- No i ? - zagadnęłam, bo nie był to pierwszy raz.
Najstarsza dziewczynka popatrzyła na mnie wyzywająco, chłopak skrzyżował ramiona na piersi, a najmłodszy przychówek udawał, że patrzy zupełnie gdzie indziej. Standard.
- Niedaleko stąd jest polana. Nie musicie grać akurat pod moim oknem. - Czułam, że brzmię jak marudna stara baba, ale 

Dzieciaki non stop rozrabiały, bo się nudziły. 
Nikt ich nie pilnował ani nie organizował im czasu

właśnie dlatego wybrałam ośrodek w środku lasu, żeby mieć święty spokój. Nie spodziewałam się rodzin z dziećmi na takim odludziu, zwykle ich tu nie było.
- Na boisku jest dużo pyłu, a Kasia ma alergię na kurz - odpyskowała najstarsza.
- Taka ładna pogoda, idźcie na plażę - zasugerowałam.
- Nie lubimy słońca - stwierdził jej brat.
" To po co było tu przyjeżdżać?",  pomyślałam marudnie. Może i zachowywałam się okropnie wobec w sumie niewinnych dzieci, ale ostatnio wiele przeszłam i chciałam odpocząć.
- Poza tym tata nie pozwala nam samym chodzić nad wodę - odezwała się mała Kasia.
- To dlaczego z wami nie pójdzie?
- Bo jest zajęty - odpowiedział najstarszy chłopiec. - A pani też siedzi na tyłku w domku i jakoś to pani nie przeszkadza. 
Ruszyłam do przodu, dzieci się cofnęły. Pewnie myślały, że coś im zrobię. Niedoczekanie. Zerwałam dwa duże plażowe ręczniki ze sznurka i przerzuciłam sobie przez ramię.
- Dobra, to idziemy.
- Gdzie? - zdziwili się zbiorowo.
- Na plaże, ja was zabiorę - rzuciłam dziarsko.
- A tata? - zaniepokoił się najmłodszy syn.
" A chrzanić tatę", skomentowałam w myślach. Skoro nic go nie obchodziło, że znudzone dzieci snują się samopas po ośrodku, może zainteresuje się nimi, jeśli nagle znikną. Jeszcze ani razu go z nimi nie widziałam.
Myślałam, że dzieciaki się przestraszą i wykręcą od wspólnego spaceru, jednak musiały być bardzo zdesperowane, bo ze mną poszły. Nie było już pyskowania ani dogadywania. Rozłożyliśmy ręczniki tuż nad wodą. Dzieciaki trochę się pomoczyły, trochę pobiegały i pograły w piłkę. Po prostu sielanka. Po powrocie do ośrodka od razu wpadliśmy na nieodpowiedzialnego tatusia. Muszę przyznać, że ze zmartwieniem było mu do twarzy, chociaż z drugiej strony... Tak przystojna twarz wyglądałaby dobrze w każdych okolicznościach. Szpakowaty, dobrze zbudowany mężczyzna prezentował się atrakcyjnie w sprzyjającej letniej  aurze. Nawet gdy krzyczał na dzieci, dopytując, gdzie się podziewały. Urwisy strasznie się krzywiły, lecz mimo to wydawały się zachwycone, że wreszcie zwrócono na nie uwagę. Potrafiłam dostrzec takie rzeczy.
- Przepraszam, to moja wina. - Wystąpiłam na przód.
- A pani to kto? - Popatrzył na mnie spod oka.
- Dobra ciocia - odparowałam. - Dzieciaki się nudziły, więc zabrałam je na plażę. Pan powinien to zrobić, ale widać miał pan inne sprawy na głowie.
Zachowałam się nieco bezczelnie, więc byłam pewna, że mnie specyfikuje, a on... Zmartwił się jeszcze bardziej i... przeprosił! Powiedział, że kończy pisać ważny artykuł na temat dziewiętnastowiecznej niemieckiej filozofii, a ponieważ nie chciał zepsuć dzieciom wakacji, zabrał pracę ze sobą i...
Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Filozof! Nic dziwnego, że był taki nieogarnięty. Zastanawiałam się, jak radził sobie sam z czwórką dzieci. I czy faktycznie robił to sam, czy czaiła się gdzieś jakaś pani filozofka do pary.
Następnego dnia dzieci znów zjawiły się pod moim domkiem, lecz tym razem postawiłam ultimatum: z ojcem albo wcale. Nie miałam ochoty zostawać całodobową nianią. Okazało się,


Przystojny wdowiec wydawał się zakłopotany.
Zupełnie nie ogarniał
opieki nad swoim przychówkiem

że odkąd przyjechał tu tydzień temu, filozof jeszcze ani razu nie był nad morzem. Co za człowiek! Jednak kiedy jakoś rozłożyliśmy go na plaży i nakarmiliśmy drożdżówką, wydawał się całkiem zadowolony z życia. Na tyle, że od tej pory spędzaliśmy tak każdy dzień. Razem, nad morzem, w otoczeniu dzieci, które miały wreszcie opiekę i zajęcie. Tylko moje ciche i spokojne wakacje diabli wzięli.
- Dziękuję - powiedział, gdy któregoś wieczora poszliśmy na spacer brzegiem morza. - Odkąd zostałem wdowcem, niezbyt dobrze radzę sobie z dziećmi. To Anna się nimi zajmowała.
- Kiedy zmarła? - zapytałam.
- Niedługo minie pięć lat.
Popatrzyłam na niego poważnie. Dwa razy ostrożnie rozważyłam swoją odpowiedź.
- A zatem może już czas przestać używać jej jako wymówki? Masz cudowne dzieci, bardzo samodzielne i łatwe w obsłudze. Nie wymagają wiele uwagi, ale... musisz je czasem zauważać. Naprawdę warto - zapewniłam.
Uśmiechnął się do mnie i pokiwał głową. Chwyciłam go za rękę i staliśmy tak przez chwilę, patrząc na siebie, a morze szumiało za naszymi plecami.
- Zadzwoń, gdybyś kiedykolwiek miał problemy - powiedziałam, dając mu swój numer. - Oczywiście z dziećmi. Jednak już wiedzieliśmy, że chodzi nie tylko o dzieci. Bardziej o nas dwoje, ludzi z przeszłością. I przyszłością.

str 28/29
Z życia wzięte 14/2016
24.06-07.07.2016